
ROLA ŻYCIA I ŚMIERCI
Po latach rozłąki grupa znajomych komików dostaje zaproszenie do domu dawnego kumpla z komediowej paczki. Gospodarz jako jedyny z ich ekipy odniósł prawdziwy hollywoodzki sukces. Zrobił to, o czym marzy każdy komik na dorobku: napisał scenariusz, który przyniósł mu fortunę. Komicy przyjeżdżają do jego leśnej rezydencji, a każde z nich ma w kieszeni ten sam plan: wydębić rolę w kolejnym filmie. Na powierzchnię wychodzą stare urazy, zazdrość i pretensje, a ponure sekrety wypływają już podczas kolacji. Jakby tego było mało, po okolicznym lesie grasuje seryjny morderca, który nie zna litości. Czy ludzie, którzy żyją z rozśmieszania innych, poradzą sobie z bestią w ludzkiej skórze?
„Rola życia i śmierci” to błyskotliwy horror komediowy z elementami thrillera i krwawa satyra na show-biznes. Miesza absurdalną komedię kumplowską, slasherową panikę i niebotyczne napięcie, a przy okazji po prostu strasznie bawi. To film o przyjaźni wystawionej na próbę, ambicji doprowadzonej do lekkiego stanu gorączkowego, przed wszystkim jednak „Rola życia i śmierci” to przezabawny horror, film zadziwiająco brutalny i makabrycznie śmieszny. Jest tu i nerwowa energia komediowej improwizacji, i komizm pojawiający się tam, gdzie bohaterowie najbardziej chcieliby zachować resztki godności. Przypomina wieczór standupowy, który przerywa seria krwawych morderstw.
GRZESZNICY NIE ZAZNAJĄ SPOKOJU
Jest druga połowa XIX wieku. Baldur, młody rybak z Wysp Owczych żyje z daleka od wielkiego świata, wśród klifów, o które uderzają morskie fale. Wysoki, przystojny i małomówny mieszka z matką na odludziu, nigdy nie wypłynął dalej niż za linię horyzontu. Pewnego dnia chłopak rozbija swoją łódź o skały i wpada do lodowatej wody. Ratuje do Helge, doświadczony wielorybnik, człowiek wysmagany przez wiatr, sól i życie. Między mężczyznami rodzi się fascynacja, która z czasem przeradza się w pragnienie silniejsze od strachu. A opowieść o nich zamienia się w horror, który wstrząśnie życiem mieszkańców małej społeczności.
Duński film „Grzesznicy nie zaznają spokoju” to kino absolutne. Wytrawna, elegancka i hipnotyzująca mieszanka rasowego horroru, romansu, thrillera i kina grozy czerpiącego z wampirycznego folkloru. To film, który od pierwszych minut wciąga widza niczym silny morski prąd. Najpierw zachwyca oszałamiającymi zdjęciami i mrocznymi krajobrazami spowitymi mgłą, a później przeraża grozą. To jedna z najpiękniejszych filmowych historii miłosnych ostatnich lat. I jedna z najbardziej przerażających. Jeśli spodziewacie się opowieści o zakazanym uczuciu czeka was niespodzianka. „Grzesznicy nie zaznają spokoju” nie jest kolejną melancholijną opowieścią o emocjach, czy romansem. To wybitne, pełnokrwiste kino grozy, jedna z najbardziej lśniących gatunkowych pereł tego sezonu festiwalowego i jeden z tych filmów, po których trudno od razu wrócić do rzeczywistości.
ÓPI
Krystyna chce, by wołano do niej „Trina”. Ma prawie 18 lat i marzy o tym, żeby wyrwać się z rodzinnego domu na Kaszubach. Są lata 90., dziewczyna chce wolności, a w rodzinnym domu czekają ją jedynie wymówki matki, przygaszonej krawcowej, która uśmiecha się tylko do telewizora. I głównie wtedy, gdy na ekranie jest Jan Paweł II. Religijna obsesja matki staje się trudna do zniesienia, a Krystyna wraz z przyjaciółką planuje ucieczkę. Jej plan wali się, kiedy w odwiedziny przyjeżdżają młodsza siostra matki Krystyny wraz ze sparaliżowaną babcią. Napięcie między czterema kobietami rośnie, przemilczane latami urazy zamieniają się we wrzask. A Krystyna dowie się o sobie czegoś tak przerażającego, że zachwieje to całym jej istnieniem.
„ÒPI” to horror, na jaki polskie kino czekało dekadami. Mocno osadzony w kaszubskich wierzeniach sprawia, że ludowe gusła stają się źródłem autentycznej grozy. Niemal takiej samej, jaką wywołują meblościanki i sznyt z lat 90., którymi „ÒPI” oddycha od pierwszej do ostatniej sceny. Ten świat z jednej strony wydaje się znajomy, z drugiej budzi strach. Film buduje swój klimat stopniowo odsłaniając kolejne elementy straszliwej układanki. Folkowe rytuały, lokalne legendy, tak dobrze znane, a jednak w tym wydaniu obce i przerażające, czynią z „ÒPI” film stylowy, ale nieprzestylizowany, dziwnie bliski sercu i oryginalny. Tutaj pretensje cedzone przyciszonym głosem są równie przerażające jak zakrwawione palce i dekapitacja, a finał zwali widzów o słabszych nerwach z nóg. I będzie tego wart.

